strona główna

 

    Najpierw była wieść... a później długie bo ponad dziewięciomiesięczne oczekiwanie. Jak chyba wszyscy rodzice oczekujący na pojawienie się pierwszego dziecka, czyniliśmy pewne przygotowania. W każdej wolnej chwili robiliśmy listę potrzebnych rzeczy, opierając się przy tym na dostępnej literaturze i rozpytując znajomych, którzy mieli to już za sobą. Chcieliśmy kupić dokładnie to co będzie potrzebne, nie zasypując i tak małego i zagraconego mieszkanka niepotrzebnymi przedmiotami i nie obciążając niezbyt zasobnej kieszeni. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że prawie nam się to udało.

    W czasie, gdy my byliśmy pochłonięci debatami i zakupami, babcia jeszcze nienarodzonego dziecka (teściowa :-) ) gdy tylko dowiedziała się, że prawdopodobnie urodzi się dziewczynka, zaczęła swoje zakupy. W pewnym sklepie z używaną odzieżą w Nasielsku, w każdą sobotę kupowała co najmniej kilka ubranek. Do narodzin uzbierała się z tego cała, wypchana po brzegi szafa, zdolna ubierać przynajmniej trójkę dzieci przez rok. Nazywaliśmy to małe szaleństwo babci - babcinym pierdolcem :-) Muszę przyznać, że odciążyło to naszą kieszeń. Dziecięce ubranka są koszmarnie drogie, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę jak krótko są przez dziecko używane.

   Co jakiś czas spotykaliśmy się i robiliśmy przegląd inwentarza. Liczyliśmy i katalogowaliśmy ubranka rozmiarami i rodzajami. Czasami podczas liczenia puszczały nam nerwy. Poniżej ja w chwili głupawki ubrankowej.

... czasami podczas liczenia puszczały nerwy...

   Nasze oczekiwanie zbliżało się ku końcowi. Dni mijały a każdy następny zbliżał nas do TEJ chwili. Do nieznanego, które miało nieuchronnie nadejść, niosąc ze sobą nowe wyzwania, obowiązki i emocje. Szczerze mówiąc baliśmy się trochę. Nadszedł wreszcie ten dzień - 06.08.2003r. - i... nic. Dzidzia się nie urodziła choć mogła się urodzić nawet dwa tygodnie wcześniej. Oczywiście mogła się też urodzić dwa tygodnie później, więc nie zmartwiliśmy się zbytnio. Co trzy dni jeździliśmy na badania KTG, słuchaliśmy serduszka naszej małej, nienarodzonej córeczki i patrzyliśmy czy oby nie pojawiają się skurczyki macicy zwiastujące rychłe pojawienie się małej na świecie. Natce się jednak nie spieszyło. Tak uparcie upierała się, że zostanie jeszcze trochę w brzuszku mamy, że trzeba było ją stamtąd jakoś wyciągnąć. Oczywiście świecenie w krocze latarką i liczenie na to, że pójdzie do światła nie wchodziło w rachubę, dlatego w poniedziałek 18 sierpnia pojechaliśmy z Agatą do Specjalistycznego Szpitala Położniczego Św. Zofii w Warszawie